czwartek, 8 marca 2012

Wesoły czwartek

*Jacob wstał z łóżka w bardzo dobrym humorze. Składało się na to wiele rzeczy: pomysł na pracę domową z Magicznych Ziół i Roślin, końcówka pracy konkursowej o powstaniu SMiC Lumos, no i oczywiście pond stu punktowa przewaga w Rankingu Domów nad Ravenclawem, który obecnie jest na drugim miejscu. Wychodząc z łóżka chłopak ubrał się w bluzę w kolorach Hufflepuffu, jeansy i tenisówki. Wychodząc z dormitorium wsadził jeszcze różdżkę do tylnej kieszeni spodni, a przechodząc przez pokój wspólny zatrzymał się przy korkowej tablicy ogłoszeń...*


Drodzy Puchoni!


W tym roku szkolnym to ja zostałem kapitanem. Naszym skromnym celem na bieżący rok będzie wygranie Pucharu Quidditcha 
A co do tego nas zaprowadzi?
TRENINGI!
W związku z tym zapraszam wszystkich chętnych na spotkanie organizacyjne, które odbędzie się
9 marca (godzina zostanie podana jutro).  
Spotykamy się w dormitorium!
Michael Jackson,
Kapitan Drużyny.



*W drodze na śniadanie aż podskakiwał z radości. Już jutro długo wyczekiwany przez niego nabór do drużyny quidditcha. Zawsze chciał być pałkarzem, ale wątpił w to. Zapewne będzie musiał grać na pozycji ścigającego, no ale trudno. Może jak potrenuje, nie będzie taki zły? Kiedy wyszedł z korytarza kuchennego na parter, w tłumie uczniów zmierzających do Wielkiej Sali dostrzegł Behati - Krukonkę z jego roku. Pomachał jej z oddali, ale nie zauważyła tego, więc zaczął przedzierać się przez zastępy studentów. Kiedy był wystarczająco blisko, aby ją dosięgnąć, dźgnął ją różdżką w bok, a kiedy się odwróciła, wyszczerzył do niej jak zawsze zęby. Razem udali się na śniadanie do Wielkiej Sali.*


***


*Lekcja astronomii minęła bardzo szybko i pod znakiem czarnej dziury. U stóp schodów Jacob pożegnał się z Behati i skierował się do swojego pokoju wspólnego, aby w końcu ukończyć rocznicową prace konkursową i odrobić Magiczne Zioła i Rośliny. Do tego doszły jeszcze Astronomia i Wywary i Trucizny. Zaczyna się masowe zadawanie prac! - powiedział do siebie.*


*Po wejściu do dormitorium, Jacob odczuł chłód i zobaczył otwarte okno. Podszedł pod nie, aby je zamknąć. Chciał rzucić się na łóżko, jednak jego plany pokrzyżowała leżąca tam różowa koperta. Chłopak wziął ją do ręki i otworzył. Zobaczył tam cienką i pochyłą różową czcionkę na jasnoróżowej kartce. Trochę przesadzone - pomyślał. Jak się okazało, był to list od wujka Farrowa. Pewnie przyniosła go sowa, dlatego okno było otwarte.*



Nową notkę chcę!
Neo

środa, 7 marca 2012

Skrzydło Szpitalne

*Jacob obudził się następnego dnia. Głowa bolała go niemiłosiernie. Gapiąc się w sufit od razu doszedł do wniosku, że nie znajduje się w swoim dormitorium. Rozejrzał się po sali. Była ona dość duża, a po obu jej stronach znajdowały się łóżka. Niektóre były zajęte, jedno nawet osłonięte zielonym parawanem. Znajdował się w Skrzydle Szpitalnym. Na szafce nocnej przy swoim łóżku zauważył Czekoladową Żabę, Fasolki Wszystkich Smaków Bertiego Botta i jakieś eliksiry. Wiedząc czym może grozić spróbowanie Fasolek, sięgnął po czekoladową żabę. Otworzył i zanim ta uciekła, pochwycił ją i odgryzł głowę. Zastanawiał się co tu robi. Pamiętał tylko, że był wczoraj tylko na lekcji Obrony przed Czarną Magią. Potem już nic nie pamięta. Zerknął na kartę - Kirke.*

*Drzwi gabinetu znajdującego się na lewo od łóżka Jacoba odtworzyły się i wyszła z nich wysoka i zgrabna pielęgniarka. Była młoda, bardzo wysoka. Miała czarne włosy sięgające ramion i szare oczy. Wściekle czerwona szminka podkreślała jej duże usta. Podeszła do łóżka chłopaka i wzięła znajdujące się na szafce nocnej eliksiry uśmiechając się.*

- Co się właściwie stało? - zapytał Puchon zerkając jej na biust.
- Poślizgnąłeś się - rzuciła pielęgniarka. - Naprawdę nie wiem co robiła tam ta zużyta prezerwatywa.

*Rzuciwszy ostatni uśmiech w stronę chłopaka, odeszła w kierunku swojego gabinetu. Jacob nie mógł się powstrzymać, aby nie spojrzeć na jej pozbawione jakiegokolwiek cellulitu długie nogi i jędrne pośladki. Obrócił się na bok.*

***

*Jacob grzał się w fotelu przy kominku, przepisując lekcje. W końcu same tego nie zrobią. Przez nieobecność na dwóch lekcjach miał straszne zaległości. Nie wzruszała go piękna i słoneczna pogoda, nie przeszkadzał hałas w pokoju wspólnym. Liczyło się tylko nadrobienie zaległości i walka o punkty, gdyż Hufflepuff spadł na trzecie miejsce! Nie zapomniał też o konkursach, dla których nie miał wczoraj czasu. Przygnieciony stertą pergaminów wiedział, że spędzi nad tym cały dzień. Na szczęście miał dzisiaj tylko Wywary i Trucizny.*


***

Włączono opcję komentarzy dla wszystkich!

wtorek, 6 marca 2012

Wtorek przed zajęciami

*Jacob leżał na swoim łóżku w ciepłym dormitorium chłopców, odrabiając pracę domową z latania, w której miał wyrazić swoje zdanie na temat zasad gry w quidditcha. Dwa łóżka dalej drzemał Cedric, reszta już wyszła. Był bardzo z siebie zadowolony, gdyż wczoraj zdobył masę punktów na Zaklęciach i Urokach. Słysząc ciche chrapanie swojego kolegi z domu, nie mógł się skupić, więc wyszedł do pokoju wspólnego. Przekraczając drzwi oddzielające dormitorium od pokoju wspólnego, zauważył, że świecił on pustkami. Pomyślał, że pewnie wszyscy są już na śniadaniu. Usiadł w wygodnym fotelu kładąc kałamarz na stoliku i zaczął odrabiać pracę domową.*

***

*W drodze powrotnej z sowiarni postawił udać się do Wielkiej Sali w celu zjedzenia śniadania. W drodze do Sali rozmyślał o swojej pracy. Może mógł ją napisać lepiej? Może mogła być dłuższa? Nie liczył na Wybitnego, ponieważ praca nie była tak dobra jak ta z transmutacji, aczkolwiek na Powyżej Oczekiwań powinno wystarczyć. Pierwsze co rzuciło mu się w oczy po przejściu przez potężne drzwi Wielkiej Sali to to, że kamyczków w klepsydrze Hufflepuffu było troszkę więcej niż u Gryfonów, co oznaczało, że jego dom prowadzi. Powędrował do stołu Puchonów i usiadł na przeciwko Emili, szczerząc do niej zęby. Wziął sobie budyń i zaczął go konsumować.*

***

*Za oknami pokoju wspólnego można było dostrzec, że słońce zaczęło już zachodzić. Wszystkie miejsca siedzące były już zajęte, więc chłopak udał się do swojego dormitorium, gdzie chciał dokończyć pisanie historii powstania szkoły. Praca była już w zaawansowanym stadium, więc wkrótce powinien ją ukończyć. Zerknął na tarczę zegarka, który wskazywał za siedem minut szóstą. Z plecaka wyciągnął plan zajęć, który dostał od swojej opiekunki domu i zerknąwszy na niego wstał, porwał plecak i wyszedł z dormitorium wsadzając plan do tylnej kieszeni spodni.*

*Z dormitorium wyszedł ze swoimi starszymi przyjaciółmi, jednak szybko się rozeszli, gdyż Biblioteka znajduje się znacznie wyżej niż Sala Uroków. Przed klasą Obrony przed Czarną Magią spotkał Annę. Mając nadzieję, że profesor DeuMus tym razem nie zapomni o swoich zajęciach, popchnął i drzwi i przepuszczając Anię w progu, wszedł zaraz za nią.*

poniedziałek, 5 marca 2012

Drzewo genealogiczne

*Puchon chciał już wracać do pokoju wspólnego, jednak zza regale z książkami, przy którym siedział, dosłyszał rozmowę, z której bez najmniejszych problemów wywnioskował, że profesor Farrow prawie odszedł z zarządu Szkoły Magii i Czarodziejstwa Lumos. W związku z tym Jacob postanowił udać się do Wielkiej Sali, gdzie zastał kłócącą się profesor Fotch z prefektem naczelnym. Ich wrzaski można było słyszeć nie wchodząc do Sali, więc Jacob przystaną tylko przy wejściu i nasłuchiwał. Nie minęło dziesięć minut, a z Wielkiej Sali szybkim krokiem wyszła zdenerwowana profesor Fotch.*

***

*Jacob ponownie siedział w bibliotece i czytał książkę zatytułowaną "Jak opiekować się Magicznym Stworzeniem", czym zainteresował się na dzisiejszej lekcji Magicznych Stworzeń. Raczej nie lubił przesiadywać w Bibliotece, jednak tutaj mógł w spokoju rozmyślać. Wczorajsza sytuacja, kiedy o mało nie zamknięto szkoły bardzo nim wstrząsnęła. Bardzo chciał zdać tę szkołę, nie jakąś inną. Pogrążony w lekturze, nie dosłyszał wcześniej pukania w szybę. Jego wzrok powędrował stronę okna, aby spróbować zlokalizować źródło hałasu i dostrzegł tam tę samą sowę, którą wysłał wczoraj do rodziców. W dziobie miała bardo duży zwinięty w rulon pergamin. Jacob otworzył okno i niepostrzeżenie wpuścił do środka sowę z pakunkiem. Wziął go od sówki i rozwinął. Na pergaminie rozrysowane było drzewo genealogiczne, jak wskazywał tytuł, rodu Hufflepuff.*

- Helga... Urien... Tristan...

*Serce zabiło mu mocniej, kiedy dojechał do Tiany i Tyberiusza Evansów. Jego dziadkowie mieli tak samo na imię. Co ciekawe, to właśnie ze strony dziadka zaczęło się rozprzestrzenianie metamorfomagii w rodzinie, którą odziedziczył kolejno ojciec, a następnie on sam. Chłopak pojechał dalej po linii i dostrzegł swojego ojca. Linia przodków matki nie była tak rozległa, jak od strony taty, aczkolwiek nie mniej szokująca. Jak się okazało, matka pochodzi od tych samych Farrowów, od których profesor Wywarów i Trucizn. Mieli jednak inne matki. Z drzewa wynika więc, że profesor Farrow jest przybranym bratem jego matki, a co za tym idzie - wujkiem Jacoba.*

*Do drzewa nie było dołączone nic więcej, więc chłopak zaczął zastanawiać się, czy drzewo to jest prawdziwe i czy przysłali mi je jego rodzice. Zamknął "Jak opiekować się Magicznym Stworzeniem" i udał się do bibliotekarki. Mimo swoich lat była to piękna kobieta. Miała kasztanowe włosy, a na jej małym nosie siedziały okulary ze srebrnymi obwódkami, przysłaniające piwne oczy.*

- Dzień dobry. W którym dziale znajdę książki dotyczące genealogi starych rodów czarodziejskich?
- G10 - rzekła, nie odrywając wzroku od książki.
- Dziękuję - rzucił i udał się do wskazanego przez bibliotekarkę regału.

*Wszedł między półki pełne najróżniejszych książek. Wiele z nich było strasznie zniszczonych, ale nie przez użytkowników, a przez swój wiek. jeździł palcem po ich grzbietach czytając tytuły. "Genealogia największych czarnoksiężników", "Drzewo genealogiczne Potterów", "Największe w dziejach rody czarodziejów". Obrócił się na pięcie i zaczął przeglądać książki z drugiej strony. Bardzo szybko trafił na tę, której szukał - "Genealogia rodów średniowiecznych - Helga Hufflepuff". Jacob wyciągnął książkę i zaczął ją wertować. Drzewo Hufflepuff znajdujące się w książce było znacznie większe od tego, które dostał. Przewracał kartki, jednak nie zauważył nikogo znajomego. Szybko doszedł do końca książki i w końcu znalazł to, czego szukał - a więc Smithowie są spokrewnieni z Helgą Hufflepuff, a co za tym idzie on sam również. Zamknął książkę, odłożył ją na miejsce i szybko skierował się do pokoju wspólnego.*

***

*Dormitorium na szczęście było puste. Jacob usiadł na swoim łóżku i przyjrzał się jeszcze raz z uwagą na przysłane mu drzewo genealogiczne. Nie mógł uwierzyć ani w to, że jest spokrewniony w pierwszej linii z samą Helgą Hufflepuff, ani w to, że do dyrektora Farrowa mógłby mówić wujku. Wyciągnął różdżkę z kieszeni jeansów i rzucił ją na łóżko. Dołożył drzewo do ściany nad łóżkiem, starając się, żeby było prosto. Wziął leżącą obok niego różdżkę i przymocował wykres do ściany. Rozpierała go wielka duma i zaszczyt, że jego potomkinią była wielka Helga Hufflepuff.*

niedziela, 4 marca 2012

Konkurs; list do rodziców

*Jacob wychodził z kuchni, trzymając w jednej ręce górę owoców. Drugą ręką machał do skrzatów domowych, szczerząc do nich zęby. Swoje kroki skierował ku swojemu dormitorium. W drodze do niego minął kilku Ślizgonów, którzy pewnie poszukiwali wejścia do swojego pokoju wspólnego. Szkoda, że nie z tej strony zamku... Wystukał poprawny rytm w odpowiednią beczułkę i zjechał do pokoju wspólnego. Stamtąd zwiał się do dormitorium chłopców, zanim Emili zdążyła zapytać go o cokolwiek. Położył owoce na łóżko obok swojego dziennika, po czym sam rzucił się na nie, odbijając się ze trzy razy. Wziął jabłko i nadgryzł je otwierając dziennik. Z nocnej szafki złapał swoje orle pióro, które wcale nie potrzebowało atramentu i zaczął je nadgryzać, zastanawiając się jak zacząć swoją pracę konkursową o historii powstania szkoły...*

***


Kraków, 23 października 1312

Kraków tego dnia był strasznie mglisty, a padająca z kłębiastych chmur mżawka nie pomagała wcale w poruszaniu się. Ulice były niemal puste. W okolicy Zamku Królewskiego na Wawelu krople deszczu przecinała ciemna, zakapturzona postać. W taką pogodę z pewnością trudno było ją dostrzec z daleka. Dochodząc do bramy zamku, spod płaszcza wysunął się cienki i długi kawałek drewna, po czym brama zajaśniała na niebiesko i otworzyła się wpuszczając tajemniczą osobę.

Istota skierowała swoje kroki w stronę Smoczej Jamy. W drodze do niej raz po raz machała różdżką, której koniec zaświecał się na fioletowo, w celu zmylenia kamer (mugolski przedmiot służący do nagrywania tego, co się dzieje, z możliwością wielokrotnego odtwarzania nagranego wcześniej filmu). Dochodząc do Jamy gość upewnił się, że nie jest śledzony i wszedł do środka.

***

*Do dormitorium wszedł Chace dziwiąc się, że wciąż tu siedzę. Kiedy zapytał mnie, dlaczego nie wybrałem się na pojedynki, spojrzałem na tarczę zegara - była siódma! Z gardła Jacoba wydał się krzyk - !@#$%. Siedząc tak na łóżku i użalając się nad ominiętą lekcją, wpadł na pomysł napisania listu do rodziców, z relacją z ostatniego tygodnia szkoły.*

***

SMiC Lumos, dn. 04 marca 2012
Cześć mamo! Cześć tato!
Lumos jest niesamowity! Naprawdę cieszę się, że zapisaliście mnie właśnie tutaj. Pierwszy tydzień minął bardzo szybko. Szkoda, że mamy tak mało zajęć. Czuję, że będę mógł pogłębić swoją wiedzę nt. wróżbiarstwa. Widać, że profesor Lenghton zna się na tym doskonale. Z tego co zaobserwowałem, interesuje się też tarotem. Mam nadzieję, że szybko dojdziemy do kartomancji.
Niestety dzisiaj ominęła mnie lekcja pojedynków. Trochę się zapisałem i straciłem poczucie czasu.

Reszta lekcji nie była najgorsza. Zarobiłem już nawet pierwsze oceny! Wybitny z Transmutacji i Zadowalający + z Wywarów i Trucizn. Jak na razie na większości lekcji mieliśmy zapoznanie się z organizacją pracy na nich, jednak już czuję, że poza wróżbiarstwem, które jest moją pasją, polubię dodatkowo latanie. Tak bardzo chciałbym się znaleźć w drużynie domu w quidditcha. Wątpię, żebyśmy zebrali sześć osób, abym mógł zagrać na pozycji pałkarza, jak zawsze trenowałem w domu, więc pewnie będę musiał zadowolić się ścigającym. Ale to też nie jest złe. W końcu całkiem nieźle strzelam. Pamiętacie, jak mówiłem Wam, że nie znoszę astronomii i nie wiem jak przeżyję te lekcje? O dziwo nie jest póki co źle. Profesor Sullivan to bardzo przyjemny gość. Jednak najbardziej wyluzowana jest chyba nasza opiekunka, profesor Carft. Wiecie, że podobno ma własną szkołę magii? To niewiarygodne! Największe luzy przewiduję na Magicznych Stworzeniach z profesor Vanyą, ale to to powinniście chyba wiedzieć, bo profesor Vanya wygląda tak, że... no że zapewne i Was uczyła. Profesor Brian wyraził chęci do stworzenia kółka przedmiotowego z Magicznych Ziół i Roślin. Szczerze powiem, że zielarstwo nie jest jednym z moich ulubionych przedmiotów, no ale może profesor Brian zmieni to u mnie tak samo jak i profesor Sullivan z astronomią.

Poznałem też już kilku fajnych ludzi z roku. Ait z Gryffindoru, dziewczyna, która powtarza rok. Całkiem rozrywkowa i szalona osoba. Beh z Ravenclawu jest bardzo miła i wydaje mi się, że nieźle się dogadujemy. Charles, również Krukon, często zasięga u mnie porad. Jako Puchonowi, ciężko mi odmówić, to oczywiste. Charles ma brata bliźniaka, który dostał przydział do Slytherinu. To chyba nie zdarza się często, aby bracia byli rozdzielani? No nie mogę też zapominać o moich przyjaciołach z domu. Julka jest ze mną na roku i nie jest zbyt zadowolona z przydziału. Mówi, że wolałaby Slytherin. We dwoje staramy się zdobywać punkty w klasie pierwszej. Reszta Puchonów jest w wyższej klasie - Chace (prefekt domu), Cedric, Michael (kapitan drużyny), Emily, Martin. Wszyscy są wspaniali.

Mam nadzieję, że u Was wszystko dobrze. Do zobaczenia w maju!
Wasz ukochany syn,
Jacob

***

*List schował do ładnie zdobionej kremowej koperty i wyszedł z pokoju wspólnego porywając przy okazji bluzę Chace'a, bo wydawało mu się, że na dworze będzie trochę mroźno, a nie chciało mu się już wracać do dormitorium po swoją. Troszkę w niej tonął, ale to nic. No i nie pomylił się. Mimo rażącego w oczy zachodzącego, które powodowało, że niebo mieniło się różnymi kolorami, było dość zimno. Na szczęście sowiarnia nie stała daleko od szkoły, więc Jacob doszedł do niej w dwie minuty. Sowiarnia była bardzo wysoka, okrągła i bardzo przewiewna. Na ścianach siedziało pełno sów, a po podłodze walały się same kupy. Wybrałem zadbaną brązową sówkę i podałem jej list w dzióbek szepcząc do niej: Zanieść to do moich rodziców... i uważaj na siebie.*

sobota, 3 marca 2012

Pierwszy tydzień; zebranie domu

*Mimo późnej pory, Jacob postanowił wyjść na błonia w celu przewietrzenia się. Był nieco zdenerwowany sytuacją, która zaszła na zebraniu domu. Bardzo marzyło mu się zostanie prefektem domu, jednak opiekunka nie wybrała go na prefekta. No ale nie się co dziwić. W końcu Jacob jest tylko uczniem klasy pierwszej. W sumie nie spodziewał się niczego innego, jednak i tak był strasznie zawiedziony. Zatrzymał się przed jeziorem. Podniósł kamień leżący obok lewego buta i cisnął nim w gładką taflę jeziora, którą rozświetlał wysoko zawieszony księżyc. Siadł przy nim po turecku, wyjął swój dziennik i swój nowy zakup, pióro nie potrzebujące atramentu i zaczął bazgrać...*

***

Pierwszy tydzień minął całkiem spokojnie. Lekcje jedne ciekawsze, drugie mniej.

Pierwszą lekcją w tym roku szkolnym było latanie, które od samego początku już bardzo mi się spodobało, mimo samej lekcji organizacyjnej. Być może na moją decyzje wpłynęło również to, że w tygodniu mamy dwie lekcje latania - teoretyczną i praktyczną. Ach, już nie mogę się doczekać, aby dosiąść miotły i odbić się od ziemi. Dać ponieść się wiatru... Lekcje spoko, bardzo mi się podobały, nie mam na co narzekać. Irytująca lekko było tylko Julka, ale jakoś to przeżyłem. profesor Cahill- opiekunka Ravenclawu, wydaje się być osobą konsekwentną w swoich działaniach.

Zaklęcia i Uroki były nie mniej ciekawe. Tym bardziej, że z opiekunem domu. Profesor Carft jest bardzo wesołą nauczycielką. Jej porównania i podejście do przedmiotu na wielu twarzach wywołały chyba uśmiech. Przedmiot jak najbardziej pozytywny.

Ostatnią poniedziałkową lekcją były Magiczne Stworzenia z profesor Vanya, na którą jak już się zorientowałem, wołają Wanna. Co prawda lekcja tylko organizacyjna, aczkolwiek wydaje się, że będzie to przedmiot dość łatwy i luźny.

Niestety wtorek nie zaczął się fajnie. Profesor DeuMus nie przybył na lekcje, co skutkowało zastępstwem. Zamiast Obrony przed Czarną Magią mieliśmy Wywary i Trucizny. 25 minut zapoznawania się z regulaminem i rozmawiania w ponurym lochu ze znajomymi. Lekcja niezbyt ciekawa, no ale co poradzić.

Praktyczna lekcja latania była niesamowita! Nauczyliśmy się dosiadać miotły (czyt. ustawiać ICeQ 5.05 i autozmianę) i omówiliśmy pozycję szukającego. Mam nadzieję, że za tydzień skończymy zawodników, aby za dwa tygodnie zagrać!

Magiczne Zioła i Rośliny raczej nudne w tym tygodniu. Sama lekcja organizacyjna. No ale może profesor Brian zrobi nam kółko z zielarstwa. Im więcej zajęć, tym więcej punktów.

Środowe Wywary i Trucizny już podobały mi się bardziej, niż te wtorkowe. W końcu jakaś normalna lekcja. Co prawda w większości był to monolog profesora, no ale już jakaś wiedza jest wchłonięta. Widać, że profesor Farrow wie, co wykłada.

Czwartkowa astronomia w sumie mnie lekko zszokowała. Po doświadczeniach z tym przedmiotem sądziłem, że nie będzie on należał do moich ulubionych. Po lekcji z profesorem Sullivanem nieco mi się zmieniło. A nawiasem mówiąc, profesor Sullvian nie wydaje się być tak ostry, jak to się mówi.

W piątek zaczęliśmy transmutacją. Różdżka aż rwała mi się do rzucania tego rodzaju czarów. Początkowo trochę gorąco, no ale nie ma co się dziwić. Ciągłe rzucanie "xD" przez profesor Adderly i mnie doprowadzało mnie do szału.

Ostatnią lekcją w tym tygodniu było wróżbiarstwo. To chyba będzie mój ulubiony przedmiot, który z pewnością będę kontynuował w klasie trzeciej. Ba! Mam nawet ochotę iść na profil wróżbiarski. Klasa pierwsza, w odróżnieniu od starszych uczniów, miała lekcje z profesor Lenghton. Nauczycielka bardzo wyluzowana, z pasją. Co prawda początkowo nic ciekawego, jednak mam nadzieję, że będzie lepiej na kolejnych zajęciach.

Najciekawsza lekcja: Latanie
Najzabawniejsza lekcja: Zaklęcia i Uroki
Najnudniejsza lekcja: Magiczne Zioła i Rośliny
Najluźniejsza lekcja: Magiczne Stworzenia
Najostrzejsza lekcja: Transmutacja

***

W końcu nadszedł długo wyczekiwany przeze mnie moment - zebranie domu, na którym miało się odbyć wybranie prefekta domu i kapitana drużyny quidditcha. Zebranie rozpoczęło się tak, jak to zostało napisane na pergaminie przypiętym do korkowej tablicy w pokoju wspólnym, o 19:45. Tłumów to nie było, ale to tylko na moją korzyść. Właściwie z mojego roku byłem tylko ja i Julka. Z klasy drugiej Michael, Martin, Chace i Emily. Brakowało tylko Cedrica. Ustaliliśmy prefektów i kapitanów. Pogadaliśmy trochę o quidditchu, zdobywaniu punktów, regulaminami... Takie tam pierdółki, wiecie. Ogólnie chyba na lepszego opiekuna trafić nie mogliśmy. A i Puchoni są świetni.

***

*Ze strony zamku dobiegł go znajomy głos. Rozpoznał go - był to głos jego opiekunki domu, profesor Carft. Jacob szybko wrzucił dziennik i pióro do plecaka, po czym wstał i obserwował zbliżającą się postać profesor Carft, która wrzeszczała na całe błonia. Chłopak był na siebie bardzo kur*iony o to, że wyszedł o tak późnej porze i do tego dał się przyłapać opiekunowi domu! Kiedy profesor Carft była już na tyle blisko, że Puchon mógł dostrzec wyraz jej twarzy, odważył się spojrzeć jej prosto w oczy i ku jego zdumieniu, uśmiechała się. Profesor Carft tłumaczyła się, że pomyliła mnie z pewnym Ślizgonem z trzeciej klasy, który lubi tu i ówdzie zabawiać się ze swoimi koleżankami. Opiekunka nakazała uczniowi natychmiast wracać do dormitorium. Chłopak nie widział powodu, żeby wdawać się w nią w rozmowę, więc czym prędzej udał się w kierunku zamku, czując na plecach jej spojrzenie.*

piątek, 2 marca 2012

Podróż do szkoły i Ceremonia Przydziału

*Schody wieży astronomicznej były strasznie strome. Aż strach było po nich schodzić. U dołu schodów pożegnałem się z Beh, szczerząc się do niej jak zawsze. Moje dormitorium znajdowało się niestety w przeciwnym kierunku niż wieża Ravenclawu. Dzień był dzisiaj dość chłodny. Minął w końcu pierwszy tydzień zajęć. Jutro zebranie domu, pojutrze Pojedynki. Wchodząc do pokoju wspólnego minąłem się z Chacem i Cedrikiem, Puchonami ze starszej klasy. Pomyślałem, że pewnie znowu idą rwać Ślizgonki. Rzucił plecak na łóżko, na które sam również się wdrapał. Usiadł po turecku i wyciągnął dziennik. Z nocnego stolika wziął kałamarz i pióro i otworzył pamiętnik.*

***

Tak jak mi poradził tata, na peron numer 9 i 3/4 przybyłem znacznie wcześniej. Zielona lokomotywa już stałą na swoim torze, buchając kłębami dymu. Zająłem swoje miejsce w całkowicie wolnym przedziale. Dzięki temu nie musiałem przeciskać się przez tłumy ludzi, jak to podobno zwykło bywać przed samym odjazdem. Pomachałem tacie przez okno i otworzyłem stare numery Ofineusa, gazetki szkolnej Szkoły Magii i Czarodziejstwa Lumos. W sumie szkoda, że już nie piszą. Ostatnio w Świecie Magii nie ma czego prenumerować nawet.

***

Na chwilę przed odjazdem w moim przedziale zrobiło się trochę tłoczno. Łącznie siadała nas już tu szóstka. Na szczęście jeden z pierwszoroczniaków przeszedł do innego przedziału, więc prócz mnie w przedziale znajdowały się dwie dziewczyny, z czego jedna z nich (o ile dobrze pamiętam) już trzeci tar będzie powtarzać klasę oraz dwójka braci bliźniaków. Podróż zleciała nam na rozmowach, śmiechach i rozmyślaniach do jakiego domu trafimy.

***

Nim się obejrzałem, pociąg szarpnął trzykrotnie i zatrzymał się. Za oknem dostrzegłem tabliczkę z napisem HOGSAMEADE. Przebrani już w czarne szaty wyszliśmy na stację, gdzie przywitał nas wicedyrektor szkoły i jakaś kobieta, przy której stał dość wysoki i przystojny uczeń, na którego patrzyła większość dziewcząt. Jak się okazało, kobieta ta była profesorem w szkole – wykładała Numerologię, a ten przystojny chłopak to prefekt naczelny – obecnie uczeń trzeciej klasy domu Salazara Slytherina. To właśnie za nimi udała się pierwsza klasa.

Droga nie była długa i szybko się zorientowałem, że szliśmy w kierunku jeziora. Kiedy już doszliśmy, każdy z nasz wszedł do łodzi, która mieściła w sobie piątkę osób. Do każdej z nich przymocowana była lampa, a same łodzie poruszały się bez żadnego napędu. Noc była cicha (którą od czasu do czasu rozrywało jakieś wycie) i piękna. Księżyc był w pełni i rysował na tafli ciemnego jeziora drogę od brzegu aż do zamku. Niestety nie udało mi się dowiedzieć jak nazywa się pani profesor, ale razem z prefektem dostarczyli nam masę rozrywki.

Dobiliśmy do brzegu w tym samym czasie, kiedy powozy starszych klas dojechały na miejsce, więc przez bramę zamku przechodziliśmy wszyscy razem. Kiedy doszliśmy do ogromnych wrót zamku, profesor Farrow (tak nazywa się wicedyrektor) stuknął w nie różdżką. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu wcale się nie otworzyły, a stały się przezroczyste przepuszczając kolejnych uczniów, jakby wcale ich tam nie było.

W twarz buchnęło mi ciepło, jakie panowało w zamku. Profesorowie szybko się ulotnili, więc teraz prowadził nas już tylko prefekt naczelny. Kątem oka dojrzałem, jak Ait szepcze z jakąś nieznaną mi dziewczyną (co ciekawe, była to dziewczyna z I klasy, jednak miała już swój przydział - Slytherin; pewnie kibel i stąd się znają), po czym wskazała w kierunku naczelnego. Zrozumiałem, że obgadują go. Pewnie wpadł im w oko.

W końcu doszliśmy do Wielkiej Sali. Była znacznie większa, niż sobie wyobrażałem. Sklepienie było wysokie, ciemne i rozgwieżdżone, jakby wcale go ta nie było. Przy czterech stołach siedziało już kilku uczniów klas starszych. Na przeciwko od wejścia, pod ścianą, znajdował się długi stół nauczycielski, a przed nim podest na przemówienia ze srebrną sową oraz taborecik z jakimś wyświechtanym kapelutkiem. To pewnie była ta słynna Tiara Przydziału. Kiedy naczelny zatrzymał naszą grupę, Tiara przemówiła:

Czymże są magia i czarnoksięstwo,
Gdy cnót nie poprze ich koalicja?
Jeśli nie wesprą ich praca, męstwo,
Bystrość, ambicja?

Kiedy u naszej szkoły zarania
Czworo ją magów na błoniu stawia,
Każde ku innej cnocie się skłania,
Inną wysławia.

Śliczna Hufflepuff wytrwałość chwali
I pracę ciężką szanuje wielce;
Dzielny Gryffindor – nerwy ze stali
I mężne serce;

Zmyślna Ravenclaw sławi intelekt,
Umysł otwarty, w zagadkach biegłość;
Chytry Slytherin ceni fortele,
Spryt i przebiegłość.

Jeśli spytacie, kto, moi mili,
Miał rację z czworga założycieli,
To ja odpowiedź dam wam w tej chwili,
Że wszyscy mieli.

Więc nim do domów wnet was przydzielę,
Które mi wskażą wasze zdolności,
Tę wam wskazówkę dać się ośmielę:
Siła w jedności!

A gdy nadejdzie godzina próby,
Niech każdy wspomni na Lumos luby
Wiedząc, że swary wiodą do zguby,
Jedność do chluby!

Po gromkich oklaskach nastąpiło przydzielanie nas do domu. Było to dla mnie strasznie stresujące. Nie chciałem trafić ani do Gryffindoru, ani do Ravenclawu, a już na pewno nie do Slytherinu. Marzył mi się Hufflepuff, w którym był też mój ojciec. Dyrektor wywoływał po kolei uczniów... Ait trafiła do Gryffindoru, a Beh do Ravenclawu. Rozpoznałem również bliźniaków siedzących z nami w przedziale Lumos Express - Charles (Ravenclaw) oraz Colin (Slytherin). Swoją drogą... Chyba nie często rozdziela się rodzeństwo, tym bardziej bliźniacze? No i nadeszła moja kolej. Oczywiście byłem tak zestresowany, że aż się potknąłem idąc w kierunku taborecika, no ale w końcu udało mi się na nim usiąść. Profesor założył mi na głowę Tiarę, a serce zaczęło walić mi jeszcze mocniej. Z daleko dało się dostrzec, że cały się trząsłem. Aż w końcu usłyszałem to, co tak bardzo chciałem - HUFFLEPUFF!

***

Po wszystkim dyrekcja przekazała nam garść informacji, aż w końcu można było najeść się do syta i powędrować do...

***

*ZzzZzzZzz*